ARCHIWA RODZINNE

„Archiwa rodzinne” to cykl spotkań z mieszkańcami Tomaszowa Mazowieckiego i okolic oraz próba zapisu ich wspomnień wielokulturowego miasta. Rodzinne archiwa wzbogacane prywatnymi opowieściami mają być sposobem porządkowania minionych miejsc i wydarzeń oraz przywracania dawnych sensów. Te rozproszone narracje, kryjące osobiste doświadczenia rozmówców, narażone są na brak precyzji dat czy nazwisk, tworzą panoramę nie tylko rzeczywistych, ale także wyobrażonych zdarzeń. Czyni to wielowątkową opowieść subiektywną, nadaje jej kształt literackiego witrażu, w którym odnaleźć można zarówno realne, jak i fikcyjne epizody. Wspólne rozmowy, spacery, wspomnienia wpisują się w projekt utrwalenia pamięci o nieistniejącym mieście, które było przestrzenią przenikania się wielu kultur, w tym kultury żydowskiej.

Wszyscy chętni do włączenia się w opowieść o wielokulturowym Tomaszowie proszeni są o kontakt mailowy: fundacja.pasazepamieci@gmail.com lub telefoniczny: 695-175-928. Na stronie znajdują się wybrane fragmenty reportaży, opowiadań i przeprowadzonych wywiadów. Wszystkie zapiski zostaną opublikowane w formie książki. Projekt „Archiwa rodzinne” jest pierwszym projektem Fundacji Pasaże Pamięci. Realizują go wolontaryjnie Justyna Biernat i Bartłomiej Sęk, którzy składają serdeczne podziękowania wszystkim rozmówcom za ich czas, cenne opowieści oraz chęć podzielenia się tym, co minęło.


 Historia starej szafy

Zamkniętą w getcie ludność żydowską, liczącą powyżej piętnastu tysięcy, stłoczono na niewielkiej przestrzeni. Panował tam głód i trudne warunki życiowe. Od początku istnienia getta moja mama Julianna Sulmowska dostarczała żywność do tej wydzielonej „dzielnicy”. Odbiorcą żywności była żydowska rodzina zaprzyjaźniona z moją mamą. Z opowieści mamy wiedzieliśmy, że był to krawiec, jego żona i siedemnastoletni syn (mama nie mówiła, ile jeszcze mieli dzieci). Lepiej było mało wiedzieć na temat getta, a operowanie imionami i nazwiskami nie było wskazane. Przy ewentualnym zatrzymaniu przez niemieckich okupantów mogło to się zakończyć tragicznie. Wejście do getta wiązało się z groźbą pozbawienia życia całej rodziny. Mama jednak ryzykowała prawie co drugi dzień aż do 31 października 1942 roku. Dzień wcześniej zostały zastrzelone obok getta dwie młode kobiety z Ludwikowa: Janina Hankiewiczowa (20 lat) i Janina Adamska (33 lata). W tym czasie do ochrony getta w Tomaszowie przybył oddział litewskich szaulisów. Dostęp do getta stał się niemożliwy. Strzelano do osób zbliżających się do getta. Było ono oświetlone, a miasto zaciemnione. Często w nocy słychać było strzały, wystarczyło niedokładne zaciemnienie okna w getcie, żeby to okno ostrzelać. Na początku października mama po powrocie z getta dziwnie się zachowywała, miała skrępowane ruchy. Okazało się, że była owinięta sztuką materiału. Powtórzyło się to jeszcze dwa razy. Na prośby moją, siostry i taty mama nie przynosiła już więcej materiału. Ubłagaliśmy ją, by nie czyniła nas sierotami, bo za kontakt z gettem groziła jej kara śmierci. Tłumaczyła, że zrobiła to na prośbę znajomej Żydówki i jej męża krawca: „Kochana pani Sulmowska, bardzo panią prosimy, aby pani wzięła i przechowała te trzy kawałki materiału. My na pewno pobytu w getcie nie przeżyjemy, ale może przeżyje nasz syn. On wie, gdzie pani mieszka, on przyjdzie po te trzy kawałki materiału.” Mama odpowiedziała, że to mało, by móc coś z tym zrobić. „Mój syn z tych trzech kawałków uszyje trzy pary spodni, sprzeda i kupi materiał na cztery. Tak rozkręci interes.” Po wojnie mimo oczekiwań nikt się po te trzy kawałki materiału nie zgłosił. Leżały w szufladzie starej, przedwojennej szafy. W kwietniu 1945 roku powróciła moja siostra Eugenia, wywieziona do kopania okopów na Łotwie a potem Litwie. Nie miała w co się ubrać, była biedna, prosiła mamę, aby jej dała jeden kawałek materiału to uszyje sobie spódniczkę. Mama na to: „Córko kochana, jak ja bym mogła spojrzeć temu chłopcu w oczy gdyby wrócił? Musisz wytrzymać.” Siostra wytrzymała, materiał leżał w szafie aż do śmierci mamy. Właściciel się nie znalazł, prawdopodobnie zginął z rodziną, może w Bełżcu lub gdzieś indziej. Szafa nie istnieje, wykończyły ją korniki, a materiały mole. Zgodnie z wolą mojej mamy Julianny Sulmowskiej nie zostały ruszone. Dom na Niwce to obecnie ulica Kolejowa. Nowy właściciel rozebrał mój stary, kochany drewniak. Pozostały tylko wspomnienia.

/autor/ Tadeusz Sulmowski

Umarła tak młodo

Ostatnie dni sierpnia 1941 roku. Mama zdecydowała, że potrzebne są rzeczy do szkoły. Poszliśmy do miasta. Piękny, ciepły dzień. Trochę zmęczony, bo z Niwki (obecnie to Tomaszów ulica Kolejowa) do centrum trzy kilometry z hakiem jak mówią górale. Trzymałem się mamy za rękę, plac Kościuszki pusty, żadnego pojazdu. Gdy byliśmy na wysokości nieistniejącego wówczas pomnika Tadeusza Kościuszki obok zegarmistrza usłyszeliśmy huk. Zwolniliśmy i nagle zza rogu placu ukazał się żandarm, który w ręce trzymał pistolet i chował go do kabury. Nogi nam się ugięły i nie wiedzieliśmy dokąd iść dalej. Na nasze szczęście Niemiec wszedł do sklepu (obecnie optyk). W tym czasie od strony getta biegło czterech ludzi i pchali wózek na dwóch wysokich kołach, za nimi podążał żydowski policjant. Gdy wyszliśmy za róg placu, ukazał nam się straszny widok. Na wózku leżała już dziewczynka w wieku około trzynastu, czternastu lat, ręce jej zwisały bezwładnie z wózka. Była bardzo szczuplutka, a nawet chuda, ubrana w sukieneczkę w kwiatki. Żydzi z obsługi wózka zasypywali rozlaną krew. Po chwili pobiegli w stronę getta na ulicę Polną. Wszystko odbyło się sprawnie. Telefon od zabójcy zadziałał. Wszystko wróciło do normy. Tylko ja i mama przerażeni udaliśmy się do domu bez zakupów.

/autor/ Tadeusz Sulmowski

Pamiętam do dzisiaj

Na Placu Kościuszki przed wojną był rejwach, dużo starozakonnych w jarmułkach, z pejsami, ubranych na czarno. Szyli na poczekaniu, wystawiali lustra. Stały też koniki i dorożki, jak jechały wozy to koła po bruku grzechotały. W dni targowe mama tradycyjnie kupowała mi chałwę. Pamiętam cudowne odpusty z barwnymi karuzelami, kramami, odświętnie ubranymi mieszkańcami w Białobrzegach. Pamiętam procesje i tradycyjne zdjęcia robione przez fotografa, który miał stałe miejsce przy szkole od strony kościoła. Edukację rozpocząłem z opóźnieniem. W 1940 roku w budynku szkolnym dla polskich dzieci utworzono także szkołę dla Niemców. Szybko zapoznałem się z polsko-niemiecką integracją, gdy w przerwie przed budynkiem dostałem cios w twarz od Niemca z Ludwikowa, Maksa. To była moja pierwsza przelana krew. Stałem z kolegą, kiedy podszedł i mnie palnął. Upadłem. Do domu wróciłem ze spuchniętym nosem, nie zapomnę tego do końca życia. Po tym incydencie polecono nam chodzić do domu grupkami. Miało to zwiększyć nasze bezpieczeństwo. Maks powiedział, że się pomylił, ktoś inny miał być ofiarą, nie ja. Później do szkoły sprowadziła się firma „Askania”. Nas wygonili, a niemieckie dzieci chodziły do szkoły w Tomaszowie. My w Białobrzegach lub na Ludwikowie chodziliśmy się uczyć, też grupkami, żeby nie dostać kopniaka.

Przez całą wojnę chodziłem w trepach, bo buty mi się rozleciały. Nowe miały być kupione wraz z wyprawką szkolną, ale oszczędności przekazaliśmy na karabin maszynowy dla polskiego wojska. Niemcy zajęli Polskę, a ja zostałem w trepach i ubraniu uszytym z filcu, tak przeżyłem do końca wojny. Pierwsze słowa, jakie umiałem po niemiecku to „Herr Bitte Brot”. Raz dostałem bochenek od Włocha lub Austriaka, potem chyba Niemcy z nadzoru „Askanii” zauważyli. Nie było co jeść, znam więc smak zmarzniętego ziemniaka. Zmarznięte ziemniaki lub marchew, słodkość pamiętam do dzisiaj. Tata jeździł rowerem po jedzenie gdzieś do Kraśnicy i tam brał z jakiegoś kopca z gospodarstwa. Mama wędrowała albo do Kraśnicy albo do Modrzewka, niech sobie Pani wyobrazi, to około dwudziestu kilometrów. Najczęściej zdobywała jajka, masło, ser i drób, obsznurowywali ją wiklinowymi koszykami. Nie podziękowałem za to mamie, przepraszam.

/autor/ Tadeusz Sulmowski

/opracowanie/ Justyna Biernat


Moje korzenie

Tata urodził się na Wołyniu. W dowodzie miał napisane: Równe, ZSRR. Niewiele opowiadał o swoim dzieciństwie, ale Równe zawsze wspominał jako niesamowicie piękne miasto. Mówił, że Harasymowiczowie przywędrowali na Wołyń z Litwy i wywodzili się z rodziny szlacheckiej. W pewnym momencie dziadek taty Julian zaczął się podpisywać Harasimowicz zamiast Harasymowicz i tak już zostało. Tata dzieciństwo miał szczęśliwe, żył w dobrobycie. Świadczą o tym jego wspomnienia i zdjęcia. Babcia Oktawia nie musiała pracować, zajmowała się domem, miała nawet czasem pomoc w kuchni – starszą panią Ukrainkę. Tata wspominał, że był nieślubnym dzieckiem polskiego oficera, ale nie znam prawdy. Historia dziadka jest owiana tajemnicą, w akcie ślubu babci Oktawii pojawia się Rosjanin. Udało mi się z Archiwum Akt Dawnych uzyskać skan jego metryki chrztu. Konstanty Iwanow urodził się w Warszawie, jego ojciec Eliasz był głównym księgowym w Kolei Nadwiślańskiej. Rodzina przeniosła się na Wołyń i tam Konstanty poznał moją babcię. Pobrali się rok po urodzeniu taty, nie wiem czy on przysposobił tatę. Myślę, że Konstanty bardzo kochał babcię, bo dla niej przeszedł z wiary prawosławnej na rzymsko-katolicką. Tata nic o nim nie mówił, nie pojawia się na żadnych zdjęciach, to człowiek widmo.

Do Tomaszowa Harasimowiczowie dotarli w 1945 roku. Chcieli zachować polskie obywatelstwo, więc musieli opuścić Równe. Tata, jego mama i jej liczne rodzeństwo. Mówił, że mogli ze sobą zabrać tylko rzeczy osobiste, przemycili jednak parę pamiątek, trochę srebra, zdjęcia. Jechali w wagonach towarowych, warunki były bardzo ciężkie. W trakcie drogi wagony stawały w paru miejscach Polski. Zgodnie z odpisem książki meldunkowej repatriantów Punktu Etapowego w Wyrzysku, w miejscowości tej byli w kwietniu 1945 roku. W Tomaszowie pojawili się w sierpniu. Cały wagon przyprowadził tutaj Stanisław Hajduk, żołnierz LWP w zaopatrzeniu i brat mojej teściowej. Czemu akurat Tomaszów? Mało było pięknych polskich miast? We wrześniu pojawili się jeszcze w Punkcie Etapowym w Łodzi i zakotwiczyli na stałe w Tomaszowie. Jak przystało na repatriantów, trzymali się razem, całe rodzeństwo. Najpierw zamieszkali na Berka Joselewicza, potem na Bohaterów Getta Warszawskiego pod jedynką. W kamienicy tej przed wojną mieszkała żydowska rodzina. Po wojnie zaadaptowano budynek na dom dla wielu rodzin. Mamusia mówiła, że kiedy tam zamieszkała na frontowych drzwiach były wyryte przykazania. Na drugim piętrze była chyba sala balowa. Olbrzymi pokój ze zdobieniami później podzielono na dwa mniejsze mieszkania z ciemnymi kuchniami, gdzie zamieszkały kolejne dwie rodziny. Mama mówiła, że w domu tym straszyło. Nocami słychać było różne dziwne dźwięki, widywano też różne rzeczy. Parę razy wyświęcał dom ksiądz. To musiały być lata czterdzieste.

Obok nas mieszkała „babcia” Masalska, też z Wołynia. Te wszystkie Wołynianki, Zabużanki lubiły się spotykać. Ponoć bardzo często u nas bywały. Żyli jak jedna wielka rodzina, poznali się w pociągu towarowym albo już tutaj. Tych zza Buga mieszkało u nas bardzo wielu. My mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, obok nas pani Masalska ze swoją córką, naprzeciwko niej Dworakowie. Na górze byli też Zysiakowie i Urbaszkowie, na dole Mąkolowie, ale wyprowadzili się w latach siedemdziesiątych. Naprzeciwko nich mieszkał Stanisław Harasimowicz z Olgą i ich córką, brat mojej babci Oktawii. Obok przez ścianę mieszkały jego dwie siostry: Marcelina Daszkiewicz i Wiktoria Marczewska. To wszystko byli Harasimowiczowie. W latach osiemdziesiątych dom przeznaczono do rozbiórki, otrzymaliśmy mieszkanie spółdzielcze.

Najcudowniej wspominam swoje dzieciństwo i obraz naszego domu, który kochałam. Ale nie ten, kiedy zburzono nasze ogródki. To był murowany dom, odkąd pamiętam odpadał tynk. Były też murowane przybudówki. Myślę, że przed wojną mieszkał tam jakiś bogaty Żyd. Teren wokół domu był dosyć spory, nasz dom jedynka był połączony ścianą z dwójką. Plac przed domem otoczony wysokim, drewnianym płotem. Pamiętam jak zimą na saniach przyjeżdżali rolnicy z produktami, pamiętam też turkot kół dorożek po bruku. Nigdy tego nie zapomnę, to było tak słodkie i niesamowite. Nie było bloków, ale pola. Kolejne domy pojawiały się od strony ulicy Stolarskiej. Trawy takie wysokie, super się bawiło. Na środku naszego podwórza stała drewniana altana, chyba jeszcze z czasów przedwojennych. Tam wieczorami zbierało się i przesiadywało nasze starsze bractwo że tak powiem. Ogródki sięgały aż do ulicy Jerozolimskiej, wtedy nie było jeszcze przychodni. Wokół stare domy. Właściwie środek miasta, ale czuło się jak na wsi. Tam ludzie trzymali świnie, kury, o ile pamiętam parę kóz i mnóstwo gołębi. Dużo gołębiarzy mieszkało na Berka Joselewicza, pamiętam te nawoływania! Fruuuuu

/autor/ Justyna Biernat

na podstawie opowieści Mirosławy Harasimowicz


Ta dziewczynka 

Urodziłam się w 1931 roku, miałam osiem lat jak wybuchła wojna. Mieszkałam na ulicy Władysławskiej blisko Warszawskiej. Bawiłam się z Żydami i Niemcami, to była ulica wszystkich narodowości. Kolegowałam się z taką Żydóweczką, była mniej więcej w moim wieku. Na Berka Joselewicza było getto, dzieci stamtąd wychodziły po kryjomu. Ta dziewczynka przychodziła do nas, do moich rodziców. Była bardzo brudna, mama zawsze jej mówiła: Pamiętaj, czy nie widział cię ktoś z żandarmów. Mama ją wykąpała, ubrała, nakarmiła. Był taki żandarm, nazywał się Fuchs, który strzelał od tyłu do Żydów. Nie, nie, uważam, odpowiadała. Dość długo przychodziła, jakoś jej się udawało. Którymś razem wychodziła od nas i ten żandarm ją zobaczył. Szybciutko przeszła do ulicy Warszawskiej, żeby go zmylić. Słyszymy tylko strzał. Mama wyszła. Nie mogę sobie przypomnieć jej imienia. Zabił ją ten bandzior, leży. Tak się skończyło z tymi Żydami. Ona mieszkała na Władysławskiej. Żydzi mieszkali w drewnianych domkach, wszyscy się przyjaźniliśmy. Polacy, Niemcy, Żydzi, wszyscy się znali.

Bomby 

Miałam dużo rodzeństwa, jestem dziewiąta. Ojciec i matka pochodzili z Żyrardowa. Ojciec prowadził w Tomaszowie rzeźnictwo. W 1939 ludzie uciekali do Warszawy, co za mentalność. Pod gruzy, pod bomby. Moi rodzice w ostatnim momencie zrobili jeszcze wędliny, żeby jak mają iść na pieszo pod Warszawę, to żeby mieć w koszu wędliny. Szła moja matka, mój ojciec, szła moja jedna siostra, druga, trzecia. A brat już wcześniej zginął w obronie Warszawy. Skończył podoficerską szkołę w Łodzi. Był bardzo oddany krajowi i historii. Stryj w Warszawie powiedział mu: Wracaj do Tomaszowa, do rodziców. Zdejmij ten mundur, ale on walczył i zginął na Placu Trzech Krzyży. Mama dowiedziała się od Czerwonego Krzyża.

Ja miałam wtedy osiem lat, a ciocia Mania jechała do Warszawy ze swoją córką Basią, co miała dwa tygodnie. Dostaliśmy się do autobusu, bo ja mała i małe dziecko. Myśmy jechali, a tam bomby. Dojechaliśmy do Żyrardowa, bo tam mieszkało rodzeństwo ojca. Prowadzili gospodarstwo. Siostra mojego ojca wybudowała betonowy bunkier i w tym bunkrze wszyscy się chowali, oni i sąsiedzi. Nie pozwalali nam wychodzić, ale poszliśmy z kuzynem paść krowy. Myśmy nie wiedzieli, że tam wojsko niemieckie. Zaczęli strzelać, jedna krowa padła. Uciekaliśmy, był dół z zaschniętym wapnem. Tam się schowaliśmy i przykryliśmy deskami. A mama i ciotka: Dzieci nie żyją, krowa nie żyje! 

Wróciliśmy do Tomaszowa na Władysławską do tego naszego zamkniętego sklepu. Tam na górze mieszkała Niemka, Lejmanowa. Stara Lejmanowa. Ona pilnowała nam na dole chałupy, bo kradli jak zostawili domostwa same. Myśmy wozem wrócili do Tomaszowa. Wracamy pod ten 21 Władysławska. Wyszła pani Lejmanowa: Proszę państwa, dobrze że jesteście. Ja pilnowałam wam. Na dole był pokój z kuchnią, tam mieszkało rebiactwo, tak się kiedyś mieszkało. Miałam wtedy 14 lat w 1945 roku. Niemcy uciekali a za kawałek przyszli Ruscy. Przecież ja muszę iść do szkoły. Wyobraźcie sobie, szkoła była na Tekli numer 4. Tam się dostałam do szkoły. Wcześniej chodziłam na tajne komplety na Warszawską do Pana Dłubaka i Pani Dłubakowej. Dość długo chodziłam na te komplety. Potem pan Dłubak dał mi zaświadczenie, że zaliczyłam piątą, czwartą i trzecią klasę. Pan Dłubak i Pani Dłubakowa przeżyli wojnę. Z zaświadczeniem idę do szkoły na Tekli numer 4.

/autor/ Justyna Biernat

na podstawie opowieści Haliny Czapigi

 

 

 

 

 

Najbardziej popularne

Written by:

3 Comments

  1. Tadeusz Sulmowski – mój tatuś;),… jestem z Ciebie dumna za pamięć, za Twoje opowieści, za to co przeżyłeś i za to co przeszła Twoja mama- babcia, której niestety nie zdążyłam poznać ,oraz dziadek Cyprian i ciocia Gienia, których pamiętam cały czas. Cieszę się, że możesz to dalej przekazywać młodemu pokoleniu. Niech ludzie, którzy to przeczytają zobaczą co teraz mają, i przestaną narzekać, walczyć miedzy sobą! …a jak kiedyś było ciężko, niech to docenią . Ja i moja córka Oliwka, której często opowiadasz o tamtych czasach .jesteśmy Ci b. wdzięczne, Tak samo wdzięczna jestem mojej mamie Ewelinie Sulmowskiej, której nie było łatwo w tamtych czasach, gdyż musiała być wychowywana tylko przez mamę, moją kochaną babcię Annę Kubacką z domu Ufel, gdyż mój dziadek Kazimierz, (którego niestety nie mogłam poznać), wcześnie zginął w obozie koncentracyjnym , najprawdopodobniej śmiercią głodową w Schomberg (grób nieznany). I to jest temat na następną opowieść mamusiu…. Mam wspaniałych, kochanych rodziców dziękuję Wam za to co mam i za Was!!! Kocham Was!

    • Justyna Biernat
      2/29/2016
      Reply

      Droga Pani Iwono,
      dziękujemy za Pani wpis. Wspólnie z Bartkiem cieszymy się niezmiernie, że mieliśmy przyjemność spotkania Pana Tadeusza, wysłuchania Jego opowieści, poznania pięknych fotografii oraz powędrowania śladami pamięci Pana Tadeusza podczas wspólnej, białobrzeskiej wycieczki. Mamy nadzieję, że w swoim czasie do rąk Pana Tadeusza oraz Waszej rodziny trafi książka zawierająca wiele -tak ważnych dla historii lokalnej- wspomnień.

  2. Andrzej
    3/29/2016
    Reply

    przecierz zydzi to tez ludzie jestem zalamany

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *